Wydrukuj

Nareszcie się nie ścigam – rozmowa z Izabelą Dylewską

Jest legendą  kajakarstwa. Jako jedyna dwukrotnie zdobyła medal olimpijski w konkurencji jedynek. W rozmowie opowiada o  przygotowaniach do startów, sukcesie w Seulu i Barcelonie, wielkim zawodzie w Atlancie oraz satysfakcji jaką wciąż potrafi czerpać ze sportu.

 

 

 

Jak Pani wspomina swoje pierwsze Igrzyska?

– Świetnie, bo spełniłam wtedy moje  marzenie. Do Seulu pojechałam jako wicemistrzyni świata i miałam świadomość, że wszystko się może zdarzyć. Kandydatek do podium było sześć. Poszłam mocno od startu, na finiszu wygrałam z Węgierką Ritą Koban i stało się. Zdobyłam medal. Z Bułgarką  Vanią Geshevą i Niemką Birgit Schmid nie miałam  żadnych szans.

 

A jak było w Barcelonie?

– Po pierwszym medalu jest zawsze  presja i większe oczekiwania. Do Hiszpanii wyjeżdżałam z myślą o złocie, bo wygrałam  regaty przed Igrzyskami i pokonałam wszystkie rywalki. W Barcelonie walczyłam jednak nie tylko z nimi, ale z Izabelą Dylewską. Ten osobisty pojedynek wygrałam, ale to było o 0,2 sekundy za mało, by zwyciężyć Birgit i Ritę. Doskonale pamiętam nerwy i łzy przed startem, ale też olbrzymią radość i niedosyt na mecie.

 

W Atlancie nie popłynęła już Pani w jedynce, ale w dwójce z Elżbietą Urbańczyk. Dlaczego?

– Z Elą płynęłyśmy też w poprzednich Igrzyskach, gdzie zajęłyśmy szóste miejsce. W 1995 roku wróciłam do kajaków po przerwie macierzyńskiej i czułam, że na indywidualne występy jestem trochę za słaba. Nastawiłam się wtedy na osady, bo zarówno w K2 jak i w K4 można było myśleć o sukcesie. W MŚ w Duisburgu zajęłyśmy w dwójce drugie miejsce co było świetnym prognostykiem przed sezonem olimpijskim. W Atlancie do połowy dystansu prowadziłyśmy pół łodzi przed wszystkimi, ale wyścig miał  metę na pięćsetnym metrze.  Zajęłyśmy siódme miejsce. To była dla nas porażka.

 

 

Co poszło nie tak?

– Przyczyn było kilka. Jedną z nich to rozdzielenie grupy w dwóch ostatnich miesiącach przygotowań. W kadrze kobiet od pewnego czasu źle się działo. Trwały nieporozumienia, które zaważyły na naszej dyspozycji. My z Elą ucierpiałyśmy najbardziej, chociaż cała sprawa praktycznie nas nie dotyczyła.

 

Po Atlancie nadal pływałyście w dwójce?

– Tak. W MŚ w Dartmouth wystartowałyśmy na 200 i 1000 metrów i przywiozłyśmy dwa medale. Miałyśmy wielki niedosyt, bo chciałyśmy też płynąć pięćsetkę i mimo, że wygrałyśmy rywalizację wewnętrzną, decyzja była inna.  Liczyłam też na występ w K1 200 metrów, ale po zwycięstwie w eliminacjach krajowych usłyszałam, że jestem za stara i trzeba dać szansę młodszym. Młodsza popłynęła i nie weszła wtedy do finału.

 

Czy po tych medalach myślała Pani o kontynuowaniu kariery i starcie w Sydney?

– Zdecydowanie nie. Po perypetiach związanych z przygotowaniami do MŚ w Kanadzie, kontuzji barku i zaangażowaniu w opiekę nad synem, podjęłam  decyzję o zakończeniu wyczynowego uprawiania kajakarstwa.

 

 

Wobec tego pomówmy o treningach. Jak Pani wspomina przygotowania do Igrzysk?

– To była mozolna, systematyczna, precyzyjnie zaplanowana praca. Podstawą sukcesu jest przyjęcie określonego planu przygotowań, a następnie jego konsekwentna realizacja. Wszystko mieliśmy ustalone – treningi, zgrupowania, comiesięczne sprawdziany, starty w regatach krajowych i zagranicznych. Traktowaliśmy to jak pokonywanie kolejnych szczebli w drodze na szczyt.

 

Gdzie Pani trenowała?

– W Grecji, Portugalii, Hiszpanii, Francji, Bułgarii, Meksyku. Właściwie na całym świecie. Wszystkie te zgrupowania wspominam jako niezwykle pracowite i efektywne. Nie było łatwo, ale za to miałam możliwość wiosłowania w niezwykle pięknych i wymagających miejscach.

 

Jakieś szczególne wspomnienia sprzed Seulu?

– Obóz w Grecji, męka biegania po miałkim piasku i pływanie po jeziorze na którym strasznie wiało. Studiowałam wtedy na I roku warszawskiego AWF-u i musiałam łączyć trenowanie z nauką. Kosztowało mnie to sporo wysiłku, ale pomimo wielu wyjazdów udało mi się zaliczyć semestr letni zaledwie z miesięcznym opóźnieniem.

 

 

A sprzed Barcelony?

– Zgrupowanie w Portugalii z niesamowitymi warunkami do treningów na wodzie i biegami interwałowymi pod stromą górę. Na samych IO za to obraz trenera Olgierda Światowiaka, który dzień przed wyjazdem z Wałcza zaraził się salmonellą i w Hiszpanii wyglądał jak przemielony papier.

 

W końcu z Atlanty. Co było szczególne w tamtym okresie?

– Wielkie nadzieje i rozgoryczenie na wielu polach. Rozbicie grupy na dwa miesiące przed startem  który ostatecznie przekreślił występ czwórki, niszcząc wielomiesięczne przygotowania. Z USA pamiętam też McDonalda w wiosce olimpijskiej. Przez następne dwa lata po powrocie nie tknęłam niczego z Fast food’a.

 

Jak Pani wspomina organizację poszczególnych Igrzysk?

– Koreę jako prawdziwe sportowe święto. Wszystko zostało tam dopracowane. Transport, jedzenie ochrona, naprawdę do niczego nie mogę się przyczepić. W Hiszpanii pamiętam niesamowitą gorączkę, brak klimatyzacji w pokojach i spanie na podłodze. W USA z kolei brak klimatu olimpijskiego i ponad 80 kilometrowe dojazdy na tor, które przyczyniły się do dużego spadku formy. W Atlancie zdecydowaliśmy się zresztą na wyniesienie z wioski i zamieszkanie w pobliżu Lake Lanier na którym odbywały się regaty.

 

 

W karierze ścigała się Pani z wielkimi zawodniczkami. Jakie miałyście relacje poza torem?

– Świetnie rozmawiało mi się zawsze z Birgit Fischer. Oczywiście tylko na lądzie, bo na wodzie byłyśmy rywalkami. Podobnie z Ramoną Portwich, a później z Katrin Borchert, ale z nią rozgadałyśmy się dopiero jak skończyłam pływać. Inaczej było z Josefą Idem. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie i wyścig. To było na regatach w Westfalii. Wygrałam wtedy z medalistką IO w Los Angeles o trzy długości kajaka. I tak już zostało. Na wodzie i na lądzie zawsze coś nas dzieliło. 

  

Co do Birgit Fischer, to kilka miesięcy temu ogłosiła chęć startu w Londynie i w kwietniu weźmie udział w eliminacjach wewnętrznych.  Jak Pani ocenia jej szanse?

– Myślę, że z jej pamięcią komórkową i czuciem wody szanse ma spore, ale realnie będę mogła coś powiedzieć dopiero za miesiąc. Miała niewiele czasu na przygotowania, a w Niemczech konkurencja jest bardzo duża i nikt jej za zasługi na Igrzyska nie weźmie. Swoją drogą biorąc pod uwagę Seul, Barcelonę czy Atlantę, żadna czterdziesto czy pięćdziesięcioletnia kajakarka nie miałaby szans z młodymi, dwudziesto czy trzydziestoletnimi lwicami. Jeżeli dziś jest inaczej, świadczy to o poziomie wyścigów. Jak będzie w rzeczywistości zobaczymy już wkrótce. Na pewno fajnie byłoby zobaczyć Birgit z kolejnym medalem.

 

A czy Panią ciągnie do ścigania?

– Nie. Jeszcze jako uczennica liceum, trenując porankami na Narwi w Nowym Dworze, wyobrażałam sobie, że kiedyś nie będę musiała tak harować, a zajmę się pływaniem turystycznym i wychowaniem syna. Nie wiem nawet skąd pojawiały się u mnie wtedy takie myśli, ale jednak tak to widziałam. Po latach wyobrażenia stały się faktem. Od lat się nie ścigam i nikomu nie udało się wciągnąć mnie w bloki  startowe. Ten etap zakończyłam, ale z przyjemnością i wielkimi emocjami, kibicuję teraz innym. Bardzo chciałabym doczekać chwili kiedy polska kajakarka zdobędzie medal olimpijski w konkurencji K1 500 metrów.

 

 

Czym się Pani dzisiaj zajmuje?

– Z wielkim entuzjazmem zarażam ludzi kajakami. Organizuję spływy, uczę wiosłowania, prowadzę w Poznaniu UKS 55 i sekcję wodną KS Budowlani. Poza tym sama wiosłuję, chodzę na basen, biegam i jeżdżę na rowerze. Mam w głowie masę projektów związanych z kajakami, a życie pokaże ile z nich uda mi się zrealizować.

 

Prowadzi też Pani firmę DISport?

– Zgadza się. Projektuję, a także produkuję odzież sportową i reklamową. Na Igrzyskach w Pekinie Beata Mikołajczyk z Anetą Konieczną płynęły w koszulkach i fartuchach mojej produkcji i przywiozły medal. To niezwykle cieszy i daje dużo satysfakcji. (tp)