Wydrukuj

Marek Ploch: Wróciłem, bo wierzę w medal olimpijski

– Nie wracałbym do kadry, gdybym nie wierzył w medal olimpijski. Najchętniej widziałbym pierwsze złoto Polaków – przekonuje trener Marek Ploch, który prowadzi połączoną kadrę kanadyjkarzy i kanadyjkarek. Od 30 stycznia do 20 lutego trwa zgrupowanie reprezentacji w Sao Domingos w Portugalii. Później planowany jest tydzień przerwy, po której zawodnicy znów wrócą na 3 tygodnie w to samo miejsce.

Dlaczego zdecydował się Pan na podjęcie wyzwania i powrót do kadry?

Przed samymi IO w Tokio pomagałem Wiktorowi Głazunowowi. Przez ponad rok dawałem mu program, na którym pracował – trener Zachara to egzekwował. Po IO za namową Wiktora i Tomka Barniaka zdecydowałem się im pomóc także przed Paryżem. Lepsi zawodnicy widzą tu swoją szansę na lepszy wynik i zdobycie medalu. Prosili mnie, żebym się zastanowił i wrócił do kadry. Miałem też problemy ze zdrowiem – zaniedbałem cukrzycę i miałem problemy z chodzeniem. To wszystko teraz wygląda już lepiej. Jestem w kontakcie z lekarzem. Jestem już prawie ozdrowiały, dlatego zdecydowałem się na powrót do sportu na wyższym poziomie.

Połączenie kadry mężczyzn i kobiet to przyszłość kanadyjek?

Tak, zdecydowanie. Byliśmy właściwie prekursorami z moim asystentem, z którym obecnie prowadzę kadrę – z Krzysztofem Bilem. Zrobiliśmy to z kadrą Chin. Chinki wygrały dwójkę na IO, a mężczyźni zdobyli srebrny medal. Dokładnie to samo wprowadzamy teraz w polskiej kadrze.

Są różnice w trenowaniu mężczyzn i kobiet? Nie chodzi mi o sam aspekt techniczny, ale bardziej psychologiczny.

Technicznie absolutnie nie ma różnic. Psychologiczny – oczywiście z paniami trzeba zupełnie inaczej rozmawiać. Nie da się, w większości wypadków, traktować ich tak samo. Kobiety lubią trenować z mężczyznami, bo one stają się wtedy twardsze. Różnice są oczywiście objętościowe. Gdy chłopcy zrobią 20 km, to panie zwykle te 3-4 km mniej. Technika wiosłowania jest absolutnie taka sama.

Połączenie kadr to największa zmiana, ale dużą, na lepsze, jest też chyba uporządkowanie sytuacji związanej z wspólnym treningiem wszystkich zawodników pod okiem jednego trenera.

W dziewięćdziesięciu paru procentach jest tak jak sobie życzyłem. Większość zawodników, których chciałbym widzieć w kadrze, mam przy sobie. Mamy małe wyłomy, które na pewno mi nie pomagają jako trenerowi. Były trener Śliwiński i jego syn mają swoje plany w grupie, ale rozumiem to. Fajnie byłoby mieć ich razem przy sobie, bo osady, dwójki czy czwórki, mogłyby trenować razem. W tej sytuacji będę musiał to robić po swojemu, bez nich. Mateusz Kamiński z powodów rodzinnych na razie z nami nie trenuje, ale myślę, że uda mu się to poukładać. Jestem po rozmowie z Tomkiem Kaczorem, wicemistrzem świata. Tomasz się zastanawia, a ja mam cichą nadzieję, że wróci jeszcze do treningu i będziemy razem współpracować.

W tym roku ME i MŚ, ale to chyba jeszcze będzie czas, w którym wynik nie będzie najważniejszy. Główny cel to IO w Paryżu.

Oczywiście. Dla nas w tym roku będzie to jeden z kroczków w drodze do Paryża. Będziemy starać się poprzywozić medale, ale to jeszcze nie będzie to, czego będziemy oczekiwać w przyszłości.

Pamięta pan ostatni polski medal w kanadyjkach na IO?

W Sydney w 2000 roku Paweł Baraszkiewicz i Daniel Jędraszko zdobyli srebro na 500 m – to był chyba nasz ostatni medal. Poprzednio wywalczyli je Łbik z Dopierałą, a jeszcze wcześniej Opara z Gronowiczem.

Myśli Pan, że naszych reprezentantów stać na to, żeby do tych wyników nawiązać na najbliższych IO?

Nie wracałbym do kadry jako trener, gdybym tak nie myślał. Z Chińczykami zdobyłem dwa złota olimpijskie. Miałem też kilka razy wywalczone tytuły mistrzów świata. Nie interesują mnie takie wyniki jak pierwsza szóstka czy czołówka – tylko i wyłącznie w grę wchodzą medale. Najchętniej widziałbym pierwszy zloty medal olimpijski Polaków, którego nam brakuje i jest tak oczekiwany. Dlatego m.in. wróciłem – chciałbym wysłuchać na IO Mazurka.